Dołącz do 127.000 zadowolonych klientów, którzy podróżowali z nami od 2004 roku.
Infolinia i rezerwacja: tel. 0 801 407 406
Infolinia i rezerwacja (abonenci spoza TP SA oraz sieci kom.): tel. 0 22 517 16 00
Jesteśmy laureatem nagrody Mazowiecka Firma Roku

![]() |
|
Na Spitsbergenie jeszcze kilkadziesiąt lat temu powszechnie polowano na polarne niedźwiedzie. Dzisiaj niedźwiedzia można ustrzelić co najwyżej przez obiektyw aparatu, a zamiast białej skóry na ścianę śladem pozostaje wybite okno.
Od kilku dni pogoda za oknami naszej stacji nie zachęcała do dłuższych wycieczek w góry czy na lodowiec. Wiało nieustannie dzień i noc. Gdyby nie trochę inna sceneria za oknem, to można by śmiało stwierdzić, iż to nie Spitsbergen tylko dworzec w Kielcach. Rzeczywiście pewną analogię dało się zauważyć, bo podczas każdego huraganu ściany bazy dziwnie skrzypiały a odgłosy dochodzące z zewnątrz niewątpliwie przypominały jazdę ekspresem po bliżej nie określonej trasie.
Postanowiliśmy, że gdy tylko wiatr trochę ucichnie, pójdziemy do oddalonej o 15 km Hytteviki sprawdzić, czy niedźwiedzie nie włamały się do środka i nie zdemolowały chatki. Kilka lat temu, po wizycie niedźwiedzi trzeba było wstawić spory kawał dachu i ściany, przez którą król północy raczył wejść do husa.
Następnego dnia rano ku naszemu miłemu zaskoczeniu warunki znacznie się poprawiły. Zaczęliśmy więc pakować plecaki, żeby zaraz po śniadaniu wyjść z bazy i wykorzystać dosyć jasną poświatę, która pod koniec stycznia przez trzy, cztery godziny mogła oświetlać sporą część naszej drogi. Oprócz chęci odwiedzenia kilku wspaniałych miejsc mieliśmy także nadzieję na spotkanie niedźwiedzi, które w tym okresie coraz częściej pojawiały się w naszej okolicy, niszcząc przy okazji wszystkie przyrządy pomiarowe rozstawione dookoła stacji.
Wyruszyliśmy o dziesiątej przy bezchmurnym niebie, osiemnastostopniowym mrozie i lekkim wietrze, wiejącym w plecy, co nieznacznie pomagało przy pokonywaniu trasy. Szliśmy po tundrze kilkadziesiąt metrów od brzegu fiordu, co dawało nam dużą szansę na fotografowanie miśków idących w przeciwnym do nas kierunku - z zachodu na wschód. Na pierwsze spotkanie nie trzeba było długo czekać. Po niecałej godzinie marszu zauważyłem pierwszego niedźwiedzia. Przechodził w odległości trzystu metrów i udawał, że nas nie widzi i nie jest zainteresowany bliższym poznaniem. Po przejściu kilkudziesięciu metrów zauważyliśmy, jak niedźwiedź zatacza koło i zaczyna iść po naszych śladach. Co jakiś czas przystawał, żeby sprawdzić swoje najbliższe otoczenie i kierunek wiatru, który przy skradaniu się do ofiary (i nie ma tu różnicy czy jest to foka czy polarnik) odgrywa decydującą rolę. W tej sytuacji nie pozostało nam nic innego, jak tylko wybrać odpowiednie miejsce do obserwacji i czekać na rozwój wypadków. Po kilku minutach zza zaspy wyłonił się łeb, a chwilę później cała reszta naszego całkiem sporego misia. To, w jaki sposób się zachowywał świadczyło niewątpliwie o jego dużym zainteresowaniu trzema postaciami ubranymi w kolorowe kurtki i zupełnie nie wyglądające jak foki ani renifery. W przeciwieństwie do niego nie chcieliśmy, aby odległość pomiędzy nami zmniejszyła się poniżej dwudziestu metrów. Gdy każdy z nas uwieczniał zwierzątko na kliszy dwóch kolegów pilnowało fotografa, aby w przypływie twórczego szału nie zdenerwował zbytnio i tak niespokojnego modela. Przyznaję, że na zakończenie sesji zachowaliśmy się niezbyt kulturalnie wysyłając w misia kilka rac i petard zmuszając go do rychłego odwrotu.
Do Hytteviki dotarliśmy już w zupełnych ciemnościach, więc po sforsowaniu licznych antymisiowych zabezpieczeń przy wejściu, pozostało nam tylko rozpalić w piecu i przygotować coś do jedzenia.
Około pierwszej w nocy zbudziła mnie rozmowa moich kolegów komentujących dziwne odgłosy dochodzące od strony komina. Jakaś tajemna siła najprawdopodobniej go urwała a teraz szykowała się z pewnością do kolejnego ataku skierowanego już bezpośrednio na nas. Snując różne przypuszczenia dotyczące tego nocnego intruza zobaczyliśmy duży cień przemykający za oknem, a w chwilę później rozległ się brzęk tłuczonej szyby. Teraz już wiedzieliśmy, że te hałasy na zewnątrz były sprawką niedźwiedzia buszującego wokół naszej chatki.
Misio po ataku na okno, co chwila zaglądał do środka i przyglądał się nam ciekawie obmyślając pewnie kolejne posunięcie. W całym tym zamieszaniu zacząłem nerwowo rozglądać się za moim aparatem, aby uwiecznić te nagłe odwiedziny. Koledzy w tym czasie pilnowali, żeby nasz gość nie zechciał złożyć wizyty w wewnątrz husa. Po krótkich poszukiwaniach znalazłem wreszcie to, czego szukałem i teraz wszyscy czekaliśmy na kolejne pojawienie się misiowej głowy nad stołem pełnym różnych smakołyków pozostałych z kolacji. Chwilę później ponownie zobaczyliśmy, jak niedźwiedź nieśmiało zagląda do środka, chcąc jakby wybadać, czy będzie miał z nas posiłek czy nie. Zaczęło nas to w pewnym momencie już denerwować, więc zrobiłem mu szybko zdjęcie i przystąpiliśmy do akcji odganiania misia, gdzie pieprz rośnie,j ak to trochę mało trafnie określił jeden z nas. Jako odważni myśliwi na początek posłaliśmy kilka kul przez okno, żeby więcej nie zaglądał, a następnie ośmieleni sukcesem naszej taktyki poszliśmy do drzwi gdzie przez specjalne okienko wyrzuciliśmy petardę. Huk, jaki powstał podczas wybuchu, mógłby wystraszyć nie tylko jednego, ale pewnie całe stado niedźwiedzi, co bardzo nas ucieszyło, bo mogliśmy bez większych obaw wyjść na zewnątrz. Obeszliśmy z latarkami "czołówkami" hus dookoła i gdy przekonaliśmy się o naszym całkowitym zwycięstwie, zaczęliśmy zakładać okiennice na wybite okno. Gdybyśmy pomyśleli o tym odpowiednio wcześniej, nie byłoby pewnie całego zamieszania, ale nie zrobiłbym też jednego z moich ulubionych zdjęć, które zawsze będzie mi przypominać tę historię.
Następnego dnia po śniadaniu spakowaliśmy swoje rzeczy i ruszyliśmy w drogę powrotną. Rozmawialiśmy o tym, co się stało w nocy i każdy z nas zdawał sobie sprawę, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu miśki, które podeszły zbyt blisko człowieka nie miały większych szans na przeżycie. Hyttevika była wprost wymarzonym terenem dla traperów do polowań na te wspaniałe zwierzęta. W miejscu, gdzie znajduje się hus, bardzo wąski pas tundry z jednej strony ograniczony jest górami, a z drugiej wodami fiordu. Większość niedźwiedzi, przechodząc w tej okolicy, była bardzo dobrze widziana z chatki. Kiedy zwierzęta zbliżały się do przynęty umieszczonej na palach wbitych pod oknami, były zabijane przez myśliwych głównie dla pozyskania bardzo pięknego i cennego futra.
Dzisiaj, gdy niedźwiedzie są pod ochroną, jedyną pamiątką z naszego nocnego spotkania nie było białe futro, ale rama z wybitego okna, którą wzięliśmy ze sobą do oszklenia w bazie. Wracając spotkaliśmy jeszcze trzy mało towarzyskie niedźwiedzie zajęte wypatrywaniem fok na krach i po kilku godzinach dotarliśmy z powrotem do stacji taszcząc przy okazji całą masę rogów znalezionych na tundrze.
Wszyscy cieszyliśmy się z tych naprawdę udanych, pełnych przygód ostatnich dwóch dni, szczególnie, gdy zobaczyliśmy nową mapę pogody dla naszego rejonu, z której niestety wynikało, że będzie wiać przez najbliższy tydzień.
Na Spitsbergenie jeszcze kilkadziesiąt lat temu powszechnie polowano na polarne niedźwiedzie. Dzisiaj niedźwiedzia można ustrzelić co najwyżej przez obiektyw aparatu, a zamiast białej skóry na ścianę śladem pozostaje wybite okno.
Krzysztof Kossobudzki
| Felietony z tego kraju: |
Jesteśmy członkiem Polskiej Izby Turystyki
oraz National Geographic Society
Wycieczki: Rodzinne | Egzotyczne | Objazdowe | Ekskluzywne | Single | 55+ | Wyjazd weekendowy | Wypoczynek i zwiedzanie
Kierunki: Egipt | Turcja | Tunezja | Grecja | Kreta | Majorka | Hiszpania | Teneryfa | Portugalia | Bułgaria | Brazylia | Kuba | Meksyk | więcej »
Copyright © 2004 - 2012 Grupa Traveligo Sp. z o.o.
Jeśli szukają Państwo najlepszego sposobu na spędzenie wakacji, prosimy o zostawienie wiadomości wraz z mailem i nr tel. Konsultanci TraveliGo.pl pomogą wybrać wycieczkę spełniąjącą wszystkie Państwa wymagania.